Słowo "fan" pochodzi bezpośrednio z języka naszych anglosaskich przyjaciół (by nie zagłebiać się dalej w meandry jego derywacji) i oznacza ono osobę silnie zainteresowaną pewną tematyką, co implikuje po pewnym czasie więź emocjonalną i rozmaite pozytywne i negatywne sprzężenia zwrotne. Przykładem tej pierwszej może być działalność polegająca na angażowaniu się fanów w pożyteczne społecznie czynności (takie jak np. fanowskie produkcje filmowe). Przypadki tych drugich, negatywnych sprzężeń są niestety równie częste (np. pseudokibice wzajemnie okładający się pięściami). W internecie, który jest medium pojemnym, cierpliwym i otwartym dla każdego, kto umie się do niego "podpiąć", działalność fanów widoczna jest niemal na każdym kroku. Ta negatywna niestety również.
Dorodny przykład tej ostatniej pojawił się niestety na forum portalu BatCave.pl w związku z opublikowanym trzy dni temu tekstem "50 prawd objawionych przez Mrocznego Rycerza" o którym pisałem dosłownie w poprzednim wpisie. Fani filmu (nie wszyscy rzecz jasna) stawili tekstowi zdecydowany odpór, nierzadko zastępując niestety realną krytykę epitetami, przekłamaniami i czymś, co w polskiej polityce nazywa się semantycznym nadużyciem. Dlaczego tak się stało?
Osobiście wydaje mi się, że "błędem" popełnionym przez p. Donicę było nie samo podjęcie krytyki detali filmu, lecz liczenie na poczucie humoru czytelników. Tekst bowiem napisano "ćwierć serio", bo w końcu to jest tylko film, bardzo dobry film (o tym za chwilę) ale tylko film. "The Dark Knight" to film z dawna oczekiwany, mający już od celuloidowego powicia status kultowego. Legendę produkcji wspierała dodatkowo tragiczna śmierć Heatha Ledgera, który, bardzo przykro to mówić, stał się maskotką marketingową filmu. Cała branża filmowa rozpływała się nad filmem (i do dziś to czyni), świat widzów drżał z niecierpliwości. Nic zatem dziwnego - ten film od początku budził emocje. Niestety z emocjami jest tak zabawnie, że nigdy nie wiadomo, czy będą one pozytywne czy negatywne. W przypadku pana Donicy na jego głowę spadły właśnie obelgi. Emocjonalne podejście do sukcesu filmu, który zasługuje przecież na liczne zachwyty (piszę to ryzykując że ktoś zarzuci mi gombrowiczowskie podejście do tematu "Słowacki wielkim poetą był"), wskazuje na skalę jego sukcesu. Pan Donica stanął niestety na drodze tej rozpędzonej ciężarówki.
Wszystkich fanów, których tu nawet nie ma sensu wymieniać z ksywek (cóż zresztą nam po nich?), a którym obce są zasady dobrego wychowania i logicznego rozumowania niestety to jednak nie usprawiedliwia. Święte oburzenie (i to w dodatku na temat popcornowego filmu, filmu na miłość boską) to rzecz, która nie jest godna osoby myślącej i za taką się uważającej, a przynależna jest raczej nie fanowi a fanatykowi. Lecz nawet fanatyzm godny jest lepszej sprawy...




